> Strona główna <


Zbawienna moc psychoanalizy

Było ich pięciu, a każdy z nich był pewnego rodzaju ucieczką przed swoim poprzednikiem. Ucieczką przed samą sobą, ucieczką przed prawdą i ucieczką od strachu przed tym, co nieznane. Ucieczką przed ich bezbłędnie poukładanym światem, w którym nie ma miejsca chociażby na odrobinę szaleństwa. Światem niekompetencji i racji absolutnych, których wysłuchiwanie przyprawiało mnie jedynie o notoryczne napady śmiechu. Absurd poganiał absurd, a spirala obopólnego obłędu coraz bardziej się zapętlała...

Tego pierwszego chyba najlepiej zapamiętałam. Był stary, łysy i mówił ze sztucznym amerykańskim akcentem. Odzywał się sporadycznie i niezależnie od tego jak długie były moje wywody na temat dręczących mnie koszmarów i problemów, zawsze pointował je jednym stwierdzeniem - "czy chcesz jakoś rozwinąć tę myśl?". Oczywiście, że chciałam, ale pomimo niemalże nieograniczonych możliwości werbalizowania swoich przemyśleń chciałam wreszcie uzyskać jakąś konstruktywną odpowiedź, czy chociażby opinię. Nie doczekałam się. A ponadto nasze rozmowy i płynące z nich wnioski stawały się coraz bardziej przewidywalne. - Jak się czujesz? - łysiejący koleś po czterdziestce spokojnie wertował swoje notatki; od kiedy weszłam do jego gabinetu nie obdarzył mnie ani jednym spojrzeniem; widocznie nie uznał kontaktu wzrokowego za istotny element mojej terapii, a wszystko, co nie było konieczne automatycznie stawało się zbędne; przynajmniej w jego mniemaniu
- Dobrze. - wiedziałam, że on sam nie oczekuje bardziej rozbudowanej odpowiedzi, a poza tym chwilowo byłam skoncentrowana na zlokalizowaniu jakiegoś miejsca w tej pedantycznie urządzonej świątyni ładu, gdzie mogłabym rzucić swoją torebkę
- Rozumiem... Negacja... A jak depresja? - oklepane stwierdzenia, oklepane zwroty, oklepane pytania; czasem wydawało mi się, że gdybym powiedziała, iż na moim dachu wylądowali kosmici to on nadal kontynuowałby swój "wywiad środowiskowy" z tym samym stoickim spokojem i opanowaniem.
- Minęła. - krótko, rzeczowo i na temat.
- Rozumiem... Wyparcie... Jakim słowem zdefiniowałabyś swoje samopoczucie? - uparcie szukał potwierdzenia swojej teorii
- Chwilowo jestem szczęśliwa. - w zasadzie mogłabym mówić o tym jeszcze godzinami, ale chciałam po prostu jak najszybciej zakończyć tę farsę i udać się na papieroska, bo "w tym gabinecie, moja panno, obowiązują pewne zasady i powinnaś się wreszcie nauczyć, że czasem trzeba się podporządkować i zaakceptować społeczne normy"
- Hmmm... Czy stać cię choć na odrobinę szczerości? - zabrzmiało jak obelga i chyba właśnie nią było.
- Jestem szczera. Depresja minęła i obecnie jestem szczęśliwa. - w związku z zaistniałą sytuacja nie miałam nic więcej do dodania.
- Chcesz mi powiedzieć, że tak po prostu obudziłaś się któregoś dnia i chciało ci się żyć? - jego, jakże "wnikliwa", analiza wydała mi się całkiem sensowna; on sam był najwyraźniej innego zdania...
- Tak właśnie. - uparcie trwałam przy swojej wersji.
- Czy wydarzyło się tego dnia coś niezwykłego? - nachalnie szukał czegoś, co można by wpisać w utarty, przyczynowo-skutkowy schemat.
- W zasadzie nie. Chociaż... Tak, tego dnia wzeszło słońce. - wskazującym palcem poprawił swoje grubo oprawione okulary i rzucił mi przeszywające spojrzenie; jedno z nielicznych, które mi zafundował w czasie całej naszej "znajomości"; zapanowała cisza...
- Nie pozostawiasz mi innego wyjścia... - zawyrokował po chwili ze średnio skutecznie ukrywaną satysfakcją - Jestem zmuszony zwiększyć dawkę zażywanych przez ciebie leków... - i tu alfabetycznie przytoczył szereg kolejnych "cukiereczków pozornej radości" skrupulatnie sprawdzając, czy przypadkiem nie pominął jakiegokolwiek elementu tablicy Mendelejewa; tak to właśnie jest: za szczerość trzeba płacić czasem straszną cenę, co nie znaczy, że nie można przy okazji się trochę zabawić. Rękawica została rzucona, a mi nie pozostało nic innego, jak tylko przyłączyć się do tej małej wojny podjazdowej, która trwała przez kolejna lata; tylko pionki się zmieniały, ale zasada pozostała ta sama - ja albo oni - nie było już odwrotu...

Po kilku miesiącach słownych utarczek, wyniszczania wątroby i zgłębiania obustronnego braku zrozumienia przerzuciłam się na "pana Kalafiora". Jako że wybitnie nie mam zdolności do zapamiętywania imion (a już tym bardziej nazwisk) zaczęłam ich nazywać odpowiednio do swoich pierwszych skojarzeń związanych z ich osobami, a głowa mojego psychoanalityka nr 2 niezaprzeczalnie kojarzyła mi się z kwiatem kalafiora.
Pan Kalafior uparcie analizował moje sny jako przebijającą wszystko potrzebę akceptacji, a moje, jeszcze wtedy nieśmiałe, utwory literackie jako poszukiwanie swojej prawdziwej tożsamości i próby pogodzenia się ze światem. Jego komentarze nie były jakoś szczególnie odkrywcze, ale lubiłam tam przychodzić, bo jego "asystentka" (która wyglądała jak ekskluzywna prostytutka) parzyła niesamowicie dobrą kawę, a on w swojej biblioteczce miał wiele ciekawych książek, które namiętnie czytałam w oczekiwaniu na wizytę, czy też "seans", jak on to nazywał.
Moja gra z panem Kalafiorem polegała na badaniu szczytów absurdu, które on byłby w stanie zaakceptować i balansowaniu na granicy jego realizmu i mojego obłędu. - Jak się czujesz? - pytanie to stanowiło nie tylko koślawy wstęp do rozmowy, ale także punkt oparcia jego wszelkich dalszych rozważań; moje przyzwolenie na pokierowanie przez niego rozmową stanowiłoby początek mojego upadku, wiec musiałam się bronić; a nie od dziś wiadomo, że najlepszą obroną jest atak...
- Ostatnio często widuję latające krasnoludki. - ot tak wymksneło mi się niechcący.
- Jak reagujesz na nowe leki? - uparcie rozgraniczał nasze dwa osobliwe światy, pozbawiając mnie resztek złudzeń odnośnie jego nieistniejącego poczucia humoru.
- Powiedziałam, że ostatnio widuję latające krasnoludki. Nie chce pan o tym rozmawiać? Ja chcę opowiedzieć panu o krasnoludkach. - tak w zasadzie to nie chciałam, bo i nie bardzo było o czym, ale fakt, że on tak bardzo bronił się przed tym wyznaniem sprawiał, że odczuwałam nieodpartą potrzebę paplania o nich godzinami.
- Dobrze, porozmawiajmy o krasnoludkach. - chwilowo piłeczka była po mojej stronie boiska.
- Są brzydkie, mają zielone kubraczki i machają w moją stronę toporami. No i mają skrzydełka. - moja kreatywność nie okazała się zachwycająca, ale i tak byłam z siebie dumna, że udało mi się coś wymyślić "na poczekaniu" - A wczoraj jeden wskoczył na moje łóżko i zaczął wygrażać wszystkim moim miśkom, że powyrywa im oczka! - bardzo mnie wciągnęła moja własna bajeczka.
- Czy nie uważasz, że twoje przywidzenia mogą być odzwierciedleniem kompleksu... - zaczynamy starą śpiewkę.
- Błagam! Jeśli znowu mi pan powie, że cierpię i jestem nieszczęśliwa, bo nie mam penisa, a moje życie uczuciowe jest puste i jałowe, bo nie przepieprzył mnie własny ojciec, to zacznę krzyczeć! - psychoanalityczny bełkot działał mi na nerwy.
- Nie wydaje ci się, że już krzyczysz? - "ja Tarzan być opanowany, ty Jane - histeryczka".
- Jeśli panu się wydaje, że to jest krzyk, to musi pan się jeszcze wiele nauczyć o kobietach i ich możliwościach "akustycznych", a poza tym... - i tak w nieskończoność; ja o zupie, on o dupie; szkoda tylko, że opowieść o krasnoludkach nie doczekała się swojego finału...

Po kilku tygodniach Pan Kalafior przeprowadził się do Łodzi, żeby ratować swoje podupadające małżeństwo (jak dowiedziałam się od jego "asystentki"), a ja trafiłam pod skrzydła Pana Samochodzika, który definiował moją osobowość jako pograniczną i nadużywał słowa "paranoidalny". Był przesiąknięty "Psychoanalizą" Freuda i mocno przesadzał z ilością wody kolońskiej, której zapach doprowadzał mnie do szału. Szybko zrezygnowałam.

Jego miejsce, wkrótce zastąpił Pan Tupecik, który z kolei szybko zrezygnował ze mnie stwierdzając przy którymś tam spotkaniu, że "niestety nic więcej nie może dla mnie zrobić". Tak jakby cokolwiek zrobił...
Jedyną rzeczą, której mnie nauczył, było to, że zadaniem terapeuty jest wytyczenie granic, których pacjent - rzekomo dla własnego dobra - powinien przestrzegać. Ja nauczyłam go, że wprowadzenie tego planu w życie w niektórych przypadkach może graniczyć z cudem.

Wpadam do gabinetu niczym torpeda - mam wyjątkowo dobry dzień i jestem tak naładowana pozytywną energią, że mogłabym rozsadzić całe to pomieszczenie, z osobą doktorka na czele. Już w drzwiach krzyczę "dzień dobry!", a jako że wbrew prawom fizyki moja akcja nie wyzwala równorzędnej i odwrotnej reakcji, wskakuję na biurko - przy którym on zacięcie wertuje swoje papiery - zakładam nogę na nogę i chwytając za oprawione w ramkę zdjęcie stukam paznokciem w przeszkloną głowę małego dzieciaczka, który prawdopodobnie jest potomkiem mojego psychola.
- Myślałem, że już przerobiliśmy temat granic, czyż nie? - spojrzał na mnie spode łba, po czym skinął głowa w kierunku kozetki - Podczas seansu ta część gabinetu należy do mnie, tamta do ciebie i jeśli mamy coś osiągnąć nie możemy naruszać tych przestrzeni.
- W porządku. - nieco naburmuszona zwlekłam się z biurka i poczłapałam na kozetkę, lecz po chwili kuleczki się zderzyły i w akompaniamencie złośliwego uśmieszku nr.5 sięgnęłam do torebki po fajki i przypaliłam jednego, pozwalając by smolisty dymek swobodnie unosił się w powietrzu.
- Chyba już ustaliliśmy, że obowiązuje tu zakaz palenia? - był lekko poirytowany, co tylko pobudzało mnie do kontynuowania naszej batalii.
- Myślałam, że już przerobiliśmy temat suwerenności naszych przestrzeni. Tamta część gabinetu należy do pana, ta do mnie, czyż nie? - trafiony zatopiony, a potem już tylko kompletne dno.

Swoją podróż psychoanalityczną zakończyłam u Pana Herbaciarza. Zasadniczy problem był jednak taki, że po prostu za bardzo go lubiłam, a nie ma chyba nic gorszego niż lubić swojego psychoanalityka. Za każdym razem, kiedy mu mówiłam, że jestem nieszczęśliwa miałam wrażenie, że było mu przykro... Pomijając pierwszego, który nie doczekał się swojej nazwy własnej, u Pana Herbaciarza najdłużej zabawiłam. Pozwalał mi bezkarnie palić w swoim gabinecie, namiętnie czytał moje tworki i bardzo usilnie starał się zrozumieć wszystkie moje fobie i lęki. Do dziś dnia nie jestem przekonana czy skutecznie...

W dwa lata po zakończeniu psychoterapii nadal niewiele z tego wszystkiego rozumiem, a cała ta historia wydaje się być nic nieznaczącym snem, z którego - prędzej, czy później - uda mi się obudzić. Dowiedziałam się jedynie, że uznano, iż moja "osobowość pograniczna znajduje się aktualnie w fazie remisji, a pacjentka (czyli, że niby ja) funkcjonuje z osobowością pasywno-agresywną, typ pasywno-zależny". Cokolwiek to znaczy.
Nie byłam jednak wyleczona - zostałam jedynie zdiagnozowania. Z pędzącego autobusu wyrzucono mnie na początku "drogi ku emocjonalnej równowadze" - resztę trasy musiałam przebyć sama. Jak na polskie warunki, to i tak ogromny sukces.

Obłęd czai się za każdym rogiem, a jeśli z gęstwiny mroku wyłoni się jego nieludzki szpon, nikomu nie uda się przed nim uciec. Jednak stopień, w jakim posiądzie się nad nami kontrolę w znacznej mierze zależy od nas samych. I nawet jeśli odpowiedzi rodzą coraz to nowe pytania, a obraz naszego własnego "ja" z godziny na godzinę się zmienia, to tak długo jak starczy nam sił, by na przekór wszystkiemu łapać kolejny oddech - tak długo pozostaje ona. Nadzieja.

Nie pytajcie mnie! Nie pytajcie mnie, czym jest życie albo jak poznajemy rzeczywistość, albo dlaczego w życiu jest tyle cierpienia. Nie mówicie mi o tym, jak realne jest nic, jak wszystko okryte jest bezkształtną galaretą, błyszczącą niczym olejek do opalania rozlany na słońcu. Nie chcę słyszeć ani o tygrysach w kącie pokoju, ani o aniele śmierci, ani o telefonach od Jana Chrzciciela. Do mnie też mógłby zadzwonić. Ale ja i tak nie podniosę słuchawki. [ Suzanna Kaysen "Przerwana lekcja muzyki" ]


Plik ostatni raz modyfikowany: 2005-04-13
Copyright © 2004